MUZEUM HISTORII MIASTA ZDUŃSKA WOLA

Z królewskiego rodu

W sobotę 15 października br. pożegnano w Zduńskiej Woli Drogiego i Dobrego Śp. Ks. Stefana Batorego. Zmarł przeżywszy 91 lat, w tym 71 lat w życiu zakonnym i 61 lat jako kapłan. Był Dyrektorem Prowincjalnym Księży Orionistów, wykładowcą Wyższego Seminarium Duchownego Księży Orionistów w Zduńskiej Woli, proboszczem i duszpasterzem parafii Św. Antoniego w naszym mieście, wychowawcą Ośrodka Wychowawczego przy ul. Barskiej w Warszawie, Rektorem Kościoła Dzieciątka Jezus i kapelanem warszawskiego szpitala przy ul Lindleya oraz kapelanem sióstr zakonnych. Gdy niedawno telewizja publiczna prezentowała cykl wartościowych reportaży o losach chorych i pracy lekarzy tego szpitala, w każdym odcinku pojawiała się postać Ks. Stefana, tego dostojnego kapłana-kapelana i rezydenta. Za swą długoletnią pracę dla dobra ludzi i Kościoła odznaczony został w 1995 r. papieskim orderem "Pro Ecclesia et Pontifice". O tym szczególnym wyróżnieniu ks. Majdak w swojej książce pięknie napisał: "Człowiek, który reagował natychmiast, gdy otrzymał telefon od chorych-nie szukał dyżurnego, ale od razu sam brał Oleje i Hostię i szybko szedł do nich, słusznie został nagrodzony. To budujący przykład, szczególnie dla młodszych braci". Ten znakomity historyk o tym niepospolitym zduńskowolaninie, jakim był bez wątpienia Ks. S. Batory, napisał w książce z cyklu Słownik Biograficzny Oriońskiej Braci, do powstania którego nawoływał i zachęcał autora ks. Stefan będąc dyrektorem prowincjalnym. Charakterystycznym i ulubionym powiedzeniem Ks. Batorego, było gwarowe zdanie: "Ni mo kto, to jo". Sam będąc znakomitym polonistą i wykładowcą, często wypowiadał je, gdy stawał wobec trudnych wyzwań, sytuacji i zadań. Według tej maksymy działał przez całe swoje życie. Takiego go zapamiętamy. Zawsze szybki, stanowczy, trzeźwy w ocenie sytuacji, a przy tym spokojny, pogodny oraz skuteczny w wykonywaniu powziętych decyzji. Kochany przez każdego, z kim się spotkał.

Szczególnie Ks. Stefan upodobał sobie i pokochał Zduńską Wolę. Trafił do nas w 1930 r., do kolegium przy Domu Misyjnym. Gdy ponad 70 lat temu miał za sobą tzw. małą maturę, jako 19-latek przyjął tutaj nowicjat i gdy w następnym roku dobudowywano nad salą teatralną dwa piętra w dawnym zakonnym domu na Frajszycy, ten przystojny, atletycznej budowy młodzieniec nosił cegłę na rusztowanie, zwykle biorąc na plecy dwa razy więcej niż inni. Ponownie w Zduńskiej Woli znalazł się tuż po uzyskaniu dyplomu magisterskiego na studiach filologicznych w Uniwersytecie Warszawskim, a w l. 1958-1967 był proboszczem parafii św. Antoniego. Zapamiętany został z urządzanych dla młodzieży wieczorów humoru, także jako aktor, a nade wszystko samarytanin, który kursował z dostawą leków, najczęściej na motocyklu i z torbą na plecach, nie tylko do chorych z własnej parafii. Robił też im zastrzyki. Tej sławnej osobistości Zgromadzenia zawdzięczamy również ocalenie archiwum zakonnego z l.1923-1939. Gdy ks. Józef Nowicki po wybuchu II wojny światowej uciekał do Warszawy, jego "prawa ręka", kleryk Batory, został w Zduńskiej Woli i organizował bez paniki ewakuację. Zabezpieczone przed wilgocią dokumenty zakopał.

W trudnej rzeczywistości PRL wraz z cenionym w naszym mieście polonistą Kazimierzem Gabrysiakiem, z którym przyjaźnił się do końca, swoimi, tylko sobie znanymi sposobami, ułatwiali zdobycie matury państwowej seminarzystom oriońskim ze Zduńskiej Woli.

Podczas mszy pożegnalnej w naszym kościele p.w. Św. Antoniego ks. Józef Wojciechowski, dyrektor domu emeryta w Brańszczyku i ks. biskup pomocniczy Diecezji Włocławskiej St. Gębicki, przypomnieli ważny epizod z powstańczej Warszawy, kiedy to niedawno wyświęcony ks. Stefan na plecach wyniósł śmiertelnie rannego późniejszego abp Bronisława Dąbrowskiego, ratując mu życie. Zdarzenie to zadecydowało o wybraniu kapłańskiej drogi przez B. Dąbrowskiego na zawsze.

Ks. Stefan Batory, zgodnie ze swą wolą, spoczął w nowym grobowcu księży Orionistów na naszym cmentarzu komunalnym. Ten imiennik sławnego polskiego władcy, siedmiogrodzkiego księcia, dumny był z przynależności przodków do herbu "Wilcze Kły", którym pieczętował się królewski ród. Pozostanie w naszej wdzięcznej pamięci i z nami na zawsze. Zduńskowolanie nadal potrzebują tak świetlistych i pełnych miłości dla każdego człowieka duszpasterzy.

 

Jerzy Chrzanowski