Jakie związki łączą ze Zduńską Wolą znanego polskiego dyrygenta i kompozytora Jana Krenza, który urodził się w 1926 r. we Włocławku, jeszcze dokładnie nie wiemy. Dzięki życzliwości Państwa mamy nadzieję dowiedzieć się więcej. Wiadomo, że w 1890 r. urodził się u nas Otton Fryderyk Krenz, długoletni prefekt warszawskiej parafii św. Trójcy Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego. Po ukończeniu szkoły średniej, prawdopodobnie w Kaliszu, studiował w Dorpacie, dzisiejszym Tartu w Estonii, na wydziale teologii ewangelickiej. Po studiach był również prefektem znanego ewangelickiego gimnazjum męskiego im. Mikołaja Reja w stolicy. W czasie II wojny światowej został aresztowany i wywieziony do obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen. Podczas Powstania Warszawskiego zginęła jego żona Eleonora i córka Hanna. Nie załamał się jednak po przeżyciach okupacyjnych, pozostał z jedynym synem i natychmiast po zakończeniu działań wojennych stanął do pracy w kościele. Zmarł w Warszawie w 1962 r.
Równo sto lat temu, w marcu 1908 r., w Zduńskiej Woli Juliusz Krenz, bliski krewny Ottona, wraz ze swoim szwagrem Hermanem Hochense dokonali podpalenia jednej z największych działających przed I wojną światową fabryk włókienniczych. Fabryka była własnością Juliusza Krenza i mieściła się przy obecnej ulicy Dąbrowskiego, a w okresie międzywojennym Złotnickiego 19. Idąc za przykładem łódzkich „grynderów”, czyli spekulantów przemysłowych, Juliusz i Herman dokonując podpalenia, chcieli wyłudzić od zakładu ubezpieczeniowego wysokie odszkodowanie. Podpalenie było przygotowane perfekcyjnie. Ogień wybuchł nocą z soboty na niedzielę, z 22 na 23 marca, czyli w porze, gdy najtrudniej było organizować pomoc. Tylko przypadek zrządził, że w momencie wybuchu pożaru przechodziła obok fabryki kompania rosyjskiego wojska. Pośpieszyła ona z pomocą tłumiąc pożar w zarodku, co pozwoliło ujawnić cały skomplikowany zamysł celowego podpalenia. W różnych miejscach, na różnych piętrach fabryki poumieszczali podpalacze szklane naczynia pełne nafty i benzyny, połączone lontami, co stało się dowodem w późniejszym procesie sądowym właścicieli o podpalenie. Niedługo po tym zdarzeniu Krenzowie prawdopodobnie ze wstydem opuścili miasto. Natomiast po I wojnie światowej obiekty fabryki Juliusza Krenza zostały wydzierżawione żydowskim firmom Pik i Spółka i Moszka Hepnera oraz kilku pomniejszym fabrykantom zarobkowym.
Kto pamięta zduńskowolską rodzinę Krenzów, posiada po nich pamiątki czy dysponuje informacjami na ich temat?
Jerzy Chrzanowski