Tegoroczna jesień, łaskawa dla naszego zdrowia, gdyż chłody przychodzą późno, a lęk związany z głośnymi informacjami na temat ptasiej grypy wraz z przelotami ostatnich wędrownych ptaków wycisza się, skłania do refleksji nad tym, jak radzono sobie z podobnymi zagrożeniami w przeszłości. Nasze miasto przecież w ciągu jego dziejów kilkakrotnie atakowały groźne epidemie. Trzeba o nich pamiętać, by w porę ustrzec się przed nieszczęściem. W pierwszej połowie XVIII w. największe zagrożenie dla tutejszych terenów stanowiły epidemie dżumy, w drugiej połowie XVIII w. i w początkach XIX w. atakowała nas ospa naturalna. W latach 30-tych XIX w. pojawiła się cholera azjatycka. Do 1915 r. nie mieliśmy w mieście publicznego szpitala. Stąd na potrzeby chorych organizowano w trybie nagłym izolatoria. Jedno z nich mieściło się w istniejącym do dziś jeszcze domu na górce, przy ul. Piwnej 9. Inne zorganizowano prawdopodobnie w domu przy ul. Łaskiej 30, tu, gdzie dziś rośnie stary kasztan, a na tyłach działki wybudowano obiekty telekomunikacji. Logicznym było lokować te szpitaliki na skraju ówczesnego miasta, w pobliżu cmentarza. W 1866 r. epidemia cholery pochłonęła ok. 1200 ofiar śmiertelnych na ogólną liczbę mieszkańców wynoszącą wtedy 10000. Warto pamiętać, że czynnikami sprzyjającymi epidemiom ostrych chorób zakaźnych były i są nie tylko kontakty z osobami czy zwierzętami z odległych stron, ale wywoływały je i wywołują nadal groźnie przebiegające kryzysy ekonomiczne. U nas tak było np. w latach 1845-1848 i 1851-1857. Niekorzystnymi biologicznie czynnikami są też złe warunki pracy i ubóstwo. W 1877 r. na łamach „Kuriera Warszawskiego” o naszej biedzie pisał Bolesław Prus: „A gdy wybije godzina bezrobocia-mrą z głodu bez żadnych figur retorycznych. Zjawisko podobne ma obecnie miejsce w Zduńskiej Woli i jej okolicach. Skutkiem ogólnej stagnacji liczba robotników pracujących w fabrykach z 2000 spadła do 500, a tygodniowe zarobki z 2 rubli 50 kopiejek zmniejszyły się do kopiejek 80, a nawet 60. Z czego żyć? -zapytasz czytelniku”. Wielkie spustoszenie wśród mieszkańców Zduńskiej Woli i jej okolic wywołała grypa nazywana hiszpanką. Epidemia tej choroby ogarnęła świat w latach 1918-1919 i uśmierciła, wg różnych szacunków, od 20 do 50 milionów ludzi w różnych rejonach globu. Jeden z mieszkańców naszego miasta tak wspomina to wydarzenie opisując głównie skutki hiszpanki, jakie niosła za sobą od wiosny 1919 r. dla ludności naszego Nowego Miasta. A wszystko zaczęło się od choroby niejakiej Szewczykowej ze wsi Zduny, która zmarła na tę chorobę, a po niej wszyscy domownicy mieszkający z chorą w jednym domu. „W mieście panowała epidemia. Kilka osób już zmarło, a kilkadziesiąt było chorych. Choroba rozprzestrzeniała się szybko, kilkaset osób, choć nie chorych jeszcze, czuło się fatalnie. Co drugi lub trzeci dom posiadał kogoś, kto cierpiał. Tak więc lekarze byli zbyt przepracowani na miejscu i odmawiali wszelkich wizyt poza miastem. W tym samym czasie w Nowym Mieście wybuchły nowe ogniska epidemii. Pojawili się dalsi chorzy, wszyscy zmarli. Ludzi ogarnęło przerażenie. Rosła liczba zmarłych w Nowym Mieście. Najwięcej było ich jednak w mieście. Codziennie wywożono na miejscowy cmentarz kilkanaście trupów. Choroba ogarnęła wszystkich bez względu na płeć, wiek, religię, pochodzenie społeczne i zawód. Wymierały całe rodziny. Zamykano więc mieszkania zmarłych i nie dotykano ich rzeczy osobistych w obawie przed zarażeniem. Początkowo kilku opryszków splądrowało te puste mieszkania, lecz wszyscy oni zmarli. Było to ostrzeżeniem dla innych. Teraz już nikt nie otwierał zarażonych mieszkań. Ludzie rozprawiali tylko o chorobie, dodając codziennie nowe nazwiska do poprzednich zmarłych. Trupy zmarłych tego samego dnia chowano wspólnie w jednej mogile na cmentarzu, bez trumien, zalewając przed zakopaniem gaszonym wapnem. Grabarze nie nadążali zbierać zmarłych i grzebać. Zgłaszali się więc ochotnicy, którzy na specjalnych drewnianych noszach wynosili zmarłych nie dotykając ich”.
Jerzy Chrzanowski