MUZEUM HISTORII MIASTA ZDUŃSKA WOLA

Coraz lepiej znany Patron Miasta

Maksymilian Kolbe - fotografia wysłana przez Maksymiliana ok. 1917r. z Rzymu w rodzinne strony W niedzielę 8 stycznia br. obchodziliśmy 112 rocznicę urodzin Św. Maksymiliana. W sierpniu natomiast przypada 65 rocznica Jego męczeńskiej śmierci. Jak co roku w związku z tymi rocznicami prezentujemy Państwu nieznane pamiątki, jakie pozyskano do zbiorów miejskiego muzeum odnoszące się do Patrona Miasta. Najciekawsza z nich to prezentowana obok fotografia z ok. 1917 r., jaką młody Rajmund Kolbe przebywający wówczas na studiach w Rzymie przesłał osobiście do rodziny brata swojej mamy-Franciszka Dąbrowskiego mieszkającego na Ogrodziskach, przedmieściu Zduńskiej Woli. Franciszek, ur. ok. 1864 r. był mężem Florentyny z Domagalskich. Miał troje dzieci: Władysława, zm. w 1934 r., którego żoną była Helena z d. Welguś, Martę, która wyszła za Franciszka Kędzierskiego oraz Mariannę, żonę Franciszka Stoparczyka. Fotografia ta jeszcze do niedawna wisiała w mieszkaniu córki Władysława Dąbrowskiego, wspomnianego syna Franciszka, Łucji, żony Jana Kaczmarka, więźnia Kozielska. Zatem Św. Maksymilian był jej wujem. Małżonkowie ci mieszkali we wsi Czechy, w drewnianym budynku starej szkoły. Łucja miała czworo rodzeństwa.

Równie interesująca jest druga pamiątka, którą przekazał Jan Kieszniewski z Gliwic, wnuk Rozalii Langer z d. Dąbrowskiej, najstarszej siostry mamy Św. Maksymiliana, Marianny Kolbe. Jest to list, jaki 20 września 1941 r. wysłał ze Zduńskiej Woli do matki jej najstarszy syn Franciszek, a brat Rajmunda. Mieszkała ona wówczas w Krakowie u Sióstr Felicjanek. Był on odpowiedzią na list matki do niego z wiadomością o śmierci brata. List ten pisał Franciszek u swojej kuzynki Franciszki Kieszniewskiej, u której mieszkał i która zaopiekowała się nim po ucieczce z Kresów zajętych przez Rosjan. Mieszkała ona w istniejącym do dziś domu przy ul. Kilińskiego. W tym przepełnionym bólem i nadzieją liście do matki po stracie syna czytamy m.in.: „Mamo! Jemu lepiej niż nam, bo celu dopiął i to w ten sposób, o jakim marzył! Smucić się nie mamy prawa, najwyżej pałać świętą zazdrością i cieszyć się, że mu się udało. Z drugiej strony ból dokucza, ból egoizmu, a właściwie wspólnoty krwi. Bo rodzina to jedno ciało o kilku członkach i gdy się jeden członek odetnie, musi całe ciało boleć. Co do narzędzia, które tego dokonało, będzie ono osądzone. Msza św. za Mundzia odbędzie się dopiero z końcem miesiąca lub dopiero z początkiem października, bo ksiądz ma pełno terminowych intencji mszalnych. Co do Walcia i Antosia, to na próżno szukałem ich grobów na cmentarzu w Pabianicach, bo tam wszystko się przeinaczyło i cmentarz jest teraz zamieniony na wielkomiejski, elegancki. Pamiętam śmierć jednego i drugiego. Ciekawy jestem w jaki ja sposób przeniosę się do wieczności, bo sztuka będzie dożyć do końca wojny, jak mi się zdaje”. Wymienieni w liście Walenty i Antoni to zmarli w dzieciństwie bracia Franciszka i Rajmunda. Sam Franciszek, jedyny żyjący wtedy spośród rodzeństwa Św. Maksymiliana, niestety, nie doczekał końca wojny. Został zamordowany w obozie koncentracyjnym Dora-Mittelbau w 1945 r. W 1930 r. w szpitalu w Warszawie zmarł brat Józef Kolbe, noszący imię zakonne Alfons. Mamy nadzieję, że dzięki życzliwości Państwa w ciągu bieżącego roku pozyskamy równie cenne, nowe źródła dotyczące Patrona Naszych Trudnych Czasów i będziemy mogli zaprezentować je na kolejną rocznicę urodzin naszego Świętego.

 

Jerzy Chrzanowski