MUZEUM HISTORII MIASTA ZDUŃSKA WOLA

Był kominiarz, dzielny chwat

kominiarz Podczas wczorajszych uroczystości w muzeum miejskim inaugurujących tegoroczne „Dni Zduńskiej Woli” w ramach cyklu „Ginące Zawody” przypomniano zduńskowolskie tradycje kominiarskie. Na muzealnym dziedzińcu pojawiły się nie tylko akcesoria towarzyszące od dziesiątków lat pracy miejscowych kominiarzy, ale można było przede wszystkim spotkać tych, którzy nadal kontynuują to rzemiosło, a także potomków najbardziej znanych zduńskowolskich kominiarskich familii. Zawód ten w naszym mieście od chwili jego powstania reprezentują m.in. rodziny: Fidlerów, Kalinowskich, Dąbrowskich, Wicherów. Pokrewnym zawodem było rzemiosło zduńskie, które dało nazwę naszemu miastu, a wykonywane było w obecnej dzielnicy Zduny przynajmniej już w XIV w. W okresie międzywojennym uprawiali je m.in. Białeccy, Brokowie, Hincowie, Plewowscy. Kto posiada pamiątki dotyczące naszych kominiarzy i zdunów? Wiadomo, że własnego cechu oni u nas nie utworzyli.

Jednym z najstarszych gości naszego spotkania był Pan Jan Kalinowski, wnuk Ludwika Fidlera, urodzonego w 1838 r. Ludwik przybył do nas z Turku, gdzie się urodził. Miał sześcioro dzieci. Żoną jego była Teodozja z d. Wolska. Zawodu nauczył swoich synów i zięciów. Firmę ojca przejął syn Józef, który miał czterech synów. Spośród nich Zygmunt i Henryk zajmowali się rodzinnym rzemiosłem do wybuchu II wojny światowej. Po wojnie przenieśli się do Łodzi.

Kominiarz to symbol szczęścia, powodzenia i dobrej wróżby, zatem prezentacja tej profesji podczas tegorocznego święta miasta w zduńskowolskim muzeum, dedykowanego uczniom i ich nauczycielom, była jak najbardziej na miejscu i w porę. Wszak przy zdawaniu wszelkich szkolnych egzaminów są one niezbędne. Nadto dobrych znaków powodzenia i szczęścia potrzeba nam wszystkim i zawsze. Przecież jesteśmy wiecznymi uczniami, gdyż po zorganizowanej edukacji szkolnej nikt nie zwalnia nas z kolejnych poszukiwań wiedzy, mądrości i dobra, aż do kresu życia. „W naszej szkole marzeń i życia”-to motto tegorocznego spotkania. Niech nigdy nie zabraknie ich nikomu. W czasie wspomnień przybyli na spotkanie goście przypomnieli nie tylko najdawniejsze kominiarskie familie, ale także zapomniane postacie i ich losy. Stanisław Klinger przypomniał postać Józefa Dąbrowskiego, przedwojennego chwata kominiarstwa, który z brawurą nie tylko czyścił wysokie kominy fabrycznego miasta, ale również wykonywał na nich akrobatyczne popisy. Mistrz Staś nie tylko namalował jeden z jego wyczynów, ale także poświęcił mu satyryczny wiersz, który zaprezentowano zebranym. Natomiast Pan Jan, senior rodu Kalinowskich, opowiedział o sercowych perypetiach siostry swojej mamy, a córki mistrza kominiarstwa Ludwika Fidlera, która zakochała się w chłopcu z pobliskich Poręb, Paluszkiewiczu, synu właścicieli terenu przy nieistniejącym już dziś wzgórzu, zwanym „Cygą”. Zakochana kominiarska córka uciekła z kochankiem do Brazylii i przyniosła mu, jak się okazało, szczęście na zawsze.

 

Jerzy Chrzanowski