Kamienie runiczne to zabytki z najstarszym pismem północnoeuropejskim, którym posługiwały się ludy germańskie. Pismo to składało się ze znaków łacińskich, greckich i rodzimych. Kamienie z takimi napisami pochodzą z okresu od II do XI wieku naszej ery, głównie z terenu Skandynawii i Niemiec. Na terenach Polski odnajdywano też kamienie z tajemniczymi znakami i napisami. Znaleziska te miały potwierdzić odwieczny pobyt ludów słowiańskich na tym obszarze i wysoki stopień ich kulturowego rozwoju, na tyle że potrafili posługiwać się pismem.
W pracy pt. „Autentyczność kamieni mikorzyńskich, zbadana na miejscu przez dra. Kazimierza Szulca z polecenia, danego mu przez Towarzystwo Przyjaciół Nauk Poznańskiego”, która ukazała się w IX tomie „Rocznika Towarzystwa Przyjaciół Nauk Poznańskiego” w 1876 r. napisano m.in. o odnalezieniu kamienia runicznego w okolicach naszego miasta. Autor informuje, iż w nr 87 z 23 czerwca 1856 r. „Kroniki wiadomości krajowych i zagranicznych” natknął się na wiadomość: „że dr. Kabl.... (Franciszek Kobylański), praktykujący lekarz w Zduńskiej Woli, w powiecie sieradzkim, doniósł Kazimierzowi Szulcowi o świeżo odkrytej rzeźbie bożka Prowego z ruńskim podpisem, w okolicach Zduńskiej Woli. Jest to nader ważne naukowe odkrycie, bardzo uderzające, ile że prawie współczesne z odkryciem Światowida, (Światowita) w Zbruczu”. Autorem tej informacji był Juliusz Bartoszewicz, który dowiedział się o sprawie od kogoś, kogo wcześniej o kamieniach mikorzyńskich informował dr Kobylański. Warto wspomnieć, że dr Kobylański miał być kolegą szkolnym Kazimierza Szulca z Uniwersytetu Wrocławskiego, choć Szulc w jednym z listów pisze, że nie pamięta go z okresu swoich studiów. Rysunek kamienia znalezionego rzekomo pod Zduńską Wolą dr Kobylański przesłał Joachimowi Lelewelowi, który miał osądzić, że to rzeczywiście bożek Prowe. Miał on odczytać napis na kamieniu jako „Prowe Smir Kmet” lub „Zbir k bel Prowe” czyli „Umarł Kmieć Prowe” lub „Zebranie ku wielkiemu Prowe”. Słowo kmieć w pierwszym możliwym tłumaczeniu napisu nie oznacza zapewne włościanina lecz wczesnośredniowiecznego wyższego urzędnika książęcego (barona, komesa). Obok napisu wyryta była postać bożka Prowego trzymającego w dłoni trójkąt z głoską w prasłowiańskim alfabecie głagolickim. Lelewel nie wymienia jednak tego znaleziska w swoich pracach poświęconych archeologii ziem polskich. Prowe był w mitologii słowiańskiej naczelnym bogiem obodrzyckiego plemienia Wagrów. Imię Prowe odczytuje się jako personifikację prawa. Kamień ten miał wymiary: jeden łokieć i trzy cale, czyli ok. 65 cm długości i 18 cali, czyli ok. 43 cm szerokości.
Rok wcześniej, jesienią 1855 r., Piotr Droszewski znalazł pierwszy z kamieni z napisami runicznymi w Mikorzynie w powiecie ostrzeszowskim, a w sierpniu 1856 r. następny. Piotra Droszewskiego spotykamy później w okolicy Zduńskiej Woli, gdzie umiera w Urszulinie u Franciszka Przyborowskiego. Brat zaś jego, Kazimierz, zamieszkały w Suchoczasach pod Zduńską Wolą, zabrał po Piotrze książki i papiery, z których część tylko w Urszulinie ów Franciszek Przyborowski przekazał Uniwersytetowi Jagiellońskiemu. W związku z podejrzeniami, że kamień ów jest falsyfikatem rodzina Droszewskich postanowiła następnie odebrać kamień z krakowskiej uczelni. Czy znalezisko ze Zduńskiej Woli lub z Mikorzyna to rzeczywisty archeologiczny rarytas, czy świadoma mistyfikacja, a może tylko dziennikarska, a raczej naukowa „kaczka”, która przez przypadkowy splot niesprawdzonych do końca informacji urosła do rangi archeologicznej zagadki, tego nie wiemy do dziś. Nie jest też pewne czy kamień ów przetrwał do naszych dni. W połowie XIX w. kamienie mikorzyńskie i kamień ze Zduńskiej Woli były jedynymi znaleziskami runicznymi na ziemiach polskich. W jednym z listów Franciszek Kobylański wyjaśnia, że z kamieniami runicznymi, o których mowa zapoznał się odwiedzając często rodzinny Mikorzyn w czasie swego pobytu i pracy w Zduńskiej Woli.
Ze Zduńską Wolą związani byli przez pewien czas swojej zawodowej praktyki lekarze Zbigniew Paweł Obuchowicz i Robert Salling. Obaj pracowali u nas już w okresie międzywojennym, w czasie okupacji, a być może jeden z nich w pierwszych powojennych latach. Od pewnego czasu dyrektor Archiwum Państwowego w Gorzowie Wielkopolskim Dariusz Rymar dokumentuje działalność tamtejszych medyków tuż po II wojnie. Doszukał się związku tych naszych lekarzy z jego Gorzowem. Jednym z gorzowskich lekarzy był doktor Obuchowicz, a przynajmniej osoba podająca się za niego. Nie wykluczone jednak, że to doktor Salling, w czasie wojny zdecydowany zwolennik Hitlera, szukał na tzw. Ziemiach Odzyskanych schronienia wykorzystując życiorys i podając się za doktora Obuchowicza.
Co wiemy o związkach tych lekarzy z naszym miastem? Kto ich obecność tu pamięta? Na informacje czekamy w miejskim muzeum.
Zbigniew Obuchowicz pracował w Karsznicach w latach 1939–1945, a być może wcześniej. Urodził się 20 listopada 1906 r. w miejscowości Stary Konstantynów. Był synem Karola i Jadwigi z d. Skopłowskiej. Był wyznania rzymskokatolickiego. Przyczynił się do zorganizowania służby zdrowia na użytek kolejarskiej społeczności Karsznic. Założył gabinet lekarski, ambulatorium i szpitalik kolejowej służby zdrowia dla pracowników węzła i ich rodzin. W latach II wojny światowej działał w Samodzielnej Placówce Kolejowej ZWZ-AK w Karsznicach (ps. „Krótki”). Był dowódcą Sekcji Sanitarnej, przewidywanym na stanowisko szefa sanitarnego Obwodu Sieradzkiego ZWZ–AK. Zajmował się szkoleniem sanitariuszy i pielęgniarek oraz gromadził niezbędne środki opatrunkowe, leki i nosze dla potrzeb przewidywanego powstania powszechnego. W nocy z 28 na 29 grudnia 1942 r. został aresztowany wraz z grupą 28 innych bojowników AK z Karsznic, w tym m.in. z Juliuszem Syllą i Kazimierzem Kałużewskim. Trafił najpierw do łódzkiego więzienia przy ul. Sterlinga, a następnie do obozów koncentracyjnych: w Aflenz i Ebensee, które były podobozami KL Mauthausen-Gusen. Po wojnie wrócił z Ebensee do Zduńskiej Woli.
Robert Salling do 1934 r. mieszkał w Szadku przy Rynku 11, a przedtem przy ul. Warszawskiej. W Zduńskiej Woli jako lekarz internista prowadził gabinet przy ul. Królewskiej 4. Urodził się 13 kwietnia 1898 r. w Łodzi. Był synem Karola i Olgi z d. Fullman. Był wyznania ewangelicko–augsburskiego. Żoną jego była Helena z d. Arlet, ur. 5 czerwca 1908 r. w Zduńskiej Woli, córka Karola i Elzy z d. Zajdel, również wyznania ewangelicko-augsburskiego. Ślub wzięli 14 lipca 1934 r. w Zduńskiej Woli. Mieli dzieci: Aleksandrę Danutę, ur. 13 lipca 1935 r. w Zduńskiej Woli, zm. 6 września 1939 r., Iwonę urodzoną również tutaj 13 lutego 1937 r. oraz Christę, ur. 31 grudnia 1941 r. także w Zduńskiej Woli. Do Zduńskiej Woli przyjechali w lipcu 1935 r. z Szadku, gdzie mieszkali na Rynku 25 a. W Zduńskiej Woli mieszkali w domu przy ul. Królewskiej 4 m. 2. W czasie okupacji przy ul. Fr. Wilh. Weber 3 m. 2 i Adolf Hitlerstr. 64 West. W pierwszych miesiącach okupacji dr Salling objął kierownictwo nad Ubezpieczalnią Społeczną w naszym mieście. Nie wiadomo do kiedy tę funkcję sprawował. Powierzono mu również stanowisko dyrektora zduńskowolskiego szpitala. Był nim do 1941 r. W czerwcu 1941 r. prawdopodobnie rodzina wyjechała do Wiednia. Jednak w 1945 r., po wyzwoleniu miasta, Helena i Iwona Salling znalazły się w obozie dla Niemców przy ul. Sieradzkiej w Zduńskiej Woli.
Gorzowski dr Obuchowicz używał imienia Zygmunt. Czy Zbigniew i Zygmunt Obuchowicz to ta sama osoba? A może był nim ukrywający się pod fałszywym nazwiskiem dr Robert Salling?
W poniedziałek 16 maja 2011 r. w Olecku, stolicy „Mazur Garbatych”, odbył się pogrzeb zaprzyjaźnionego ze Zduńską Wolą od lat trzydziestu satyryka, fraszkopisarza i eseisty, Wacława Klejmonta. Był on laureatem trzech edycji (w latach 1981-1983) ogólnopolskiego konkursu na fraszkę o Zduńskiej Woli, o czym sam wspominał: Zduńskowolskie fraszkozapasy pomogły ugruntować moją pozycję na satyrycznym rynku przez fakt uzyskiwania w doborowym gronie prześmiewców zawodowych budującego drugiego miejsca w trzech kolejnych potyczkach i dodatkowej nagrody specjalnej w ostatnim podejściu, do którego wystartowałem siłą dwóch zestawów. Z godeł wyborów fraszek wysyłanych na doroczne konkursy powstało supergodło: Ubezwłasnowolniony-Piecuch-Na Etacie-Feniksa. Stąd i tytuł wyboru „Pichniczek” i moja dewiza życiowa: Lepiej raz do roku odrodzić się z popiołów, niż przez okrągły rok chować głowę w piasek. Ów wybór fraszek wydał w 1985 r. autorowi z Olecka śp. Feliks Rajczak, który czuwał nad wszystkimi edycjami konkursu na fraszkę o mieście św. Maksymiliana. Dziesięć egzemplarzy wydawnictwa otrzymało bibliofilską oprawę, o którą zadbał Pan Feliks oraz własnoręczną numerację autora. Dziewiąty egzemplarz z taką adnotacją przysłał z datą 30 stycznia br. Wacław Klejmont do naszego miasta: Dzieło edytorskie śp. Feliksa Rajczaka, które na trwałe wpisało mnie w historię Zduńskiej Woli- podpisuję na pamiątkę.
W ostatnim czasie polska sztuka fraszkopisarska poniosła niepowetowane straty. W listopadzie 2010 r. zmarł Jan Gross z Gorzowa Wielkopolskiego, a 13 maja br. odszedł od nas Wacław Klejmont rozmiłowany w Zduńskiej Woli. Obaj byli prawdziwymi mistrzami pięknego, zwięzłego i dowcipnego słowa.
Wacław Klejmont urodził się w Hańczy w powiecie suwalskim, nad najgłębszym polskim jeziorem, 25 kwietnia 1947 r. Był synem Kazimierza i Jadwigi z Sowulów. Ukończył Technikum Mechaniczne w Suwałkach, Studiom Nauczycielskie w Białymstoku oraz filologię polską na Uniwersytecie Gdańskim. Pracę nauczycielską rozpoczął w 1968 r. w Wiżajnach, by po czterech latach przenieść się do Olecka. Tam przez wiele lat był polonistą. Włączył się też w życie kulturalne swego regionu organizując konkursy i spotkania poetyckie. Zakładał i prowadził kabarety, zespoły artystyczne żywego słowa, grupy literackie. Zadebiutował w 1969 r. na łamach „Nowej Wsi”. Publikował m.in. w „Zielonym Sztandarze”, „Głosie Nauczycielskim”, „Szpilkach”, „Karuzeli”, „Poezji” oraz w prasie lokalnej. Jego specjalnością były krótkie formy literackie–fraszki, limeryki, epigramy. Kilkakrotnie też pisał satyryczne szopki. Z powodzeniem uprawiał krytykę literacką pisząc recenzje, szkice i eseje drukowane m.in. w „Poezji” „Integracjach czy „Zeszytach Literackich”. Często uczestniczył w ogólnopolskich i lokalnych konkursach literackich zdobywając liczne nagrody i wyróżnienia. Wśród wielu arkuszy i tomików fraszek są i te wydane w naszym regionie np. Siradiada (Sieradz 1988). Jego utwory znaleźć też można w wielu antologiach polskich fraszek i aforyzmów. Wacław Klejmont był ponadto cenionym regionalistą, społecznikiem i radnym miasta Olecka kilku kadencji.
Autor jeszcze raz powrócił twórczo do tematyki zduńskowolskiej zdobywając nagrodę w 2008 r. w konkursie poetyckim pn. „Fraszka o fontannie”. W 2009 r. swoją książkę pt. „Wypisy oleckie Wacława Ewarysta Klejmonta” poświęcił mu warszawski przyjaciel, poeta Czesław Mirosław Szczepaniak, który debiutował w 1973 r. będąc uczniem w Zduńskiej Woli. On też w roku ubiegłym przygotował w nowym autorskim wydawnictwie o naszym mieście m.in. „Wypisy zduńskowolskie Wacława Ewarysta Klejmonta”. W przyszłym roku minie już ćwierć wieku od śmierci nieodżałowanego śp. Pana Feliksa, który przed laty zachęcił Wacława Klejmonta i Czesława Mirosława Szczepaniaka do twórczego zainteresowania naszym fabrycznym miastem, o którym śp. Wacław 17 grudnia 2008 r. napisał: Słabość do Zduńskiej Woli leczy nas, a nie boli.
A my, zasmuceni Jego śmiercią łączymy się w bólu z Jego żoną Danutą i córką Julią wierząc, że: Mimo wszystko, wieczność jest piękniejsza od doczesności-tak jak jasność od ciemności.
Ciekawe, czy u naszych Czytelników zachowały się przedmioty ceramiczne wytwarzane w czasie II wojny światowej w Zduńskiej Woli, w fabryce noszącej nazwę „Schieratzer Erde”, czyli „Ziemia Sieradzka”, a mieszczącej się przy ówczesnej ulicy Altstadtstrasse (przedwojennej Stęszyckiej, a dziś Getta Żydowskiego). Fabryka ta miała również swoje oddziały przy ul. Szadkowskiej i na Frajszycy. Wytwarzano w niej m.in.: kubki, talerze, podstawki, dzbanki, garnki gliniane, ozdobne donice, kafle piecowe, a nawet łazienkowe, czy potężne dzbany i wazy do dekoracji holów firm i instytucji, nawiązujące formą do sztuki antycznej. Glinę w trzech odmianach-czerwoną, białą i szarą, w klocach ponad metrowej długości, sprowadzano koleją z Austrii. Właścicielką firmy była Niemka z Poznania. Zamieszkiwała piętro domu przy zbiegu ul. Maisterweg (dzisiejszej Szpitalnej, a przed wojną Składowej) i Bahnhofstrasse (obecnie Dąbrowskiego, a do wojny Złotnickiego), w którym mieścił się po wojnie i dziś oddział ginekologiczny i położniczy miejskiego szpitala. Na parterze tego domu mieszkał wówczas urzędnik niemiecki. Przed wojną dom ten należał do rentgenologa, doktora Karola Böhmera, który praktykował w Zduńskiej Woli w l. 1927-1939. Tu prowadził swój gabinet. W czasie wojny na parterze tego budynku mieszkała siostra właścicielki i żandarm niemiecki. Kilka lat temu nasze miejskie muzeum odwiedziła córka doktora Böhmera, Marga Hemfler, która obecnie mieszka w Wiesbaden.
Z firmą związani byli w okresie wojny malarze polscy: Bolesław Hochlinger, Władysław Strzemiński i Stanisław Kurman. Najstarszy z nich, Władysław Strzemiński, urodzony w 1893 r., w 1920 r. ożenił się z patronką naszego Liceum Plastycznego, Katarzyną Kobro. Strzemiński był jednym z najbardziej znanych polskich plastyków awangardowych i teoretyków sztuki. Bolesław Hochlinger, urodzony w 1898 r., mimo niewielkiej różnicy wieku był uczniem i przyjacielem Strzemińskiego. Natomiast Stanisław Kurman, absolwent warszawskiej ASP, związany był po wojnie z Kutnem. Studiował przed wojną malarstwo, także prywatnie, w Paryżu, a od 1933 r. był scenografem w teatrach warszawskich. Kto pamięta ich obecność w naszym mieście?
W Zduńskiej Woli i okolicy mieszkają do dziś byli pracownicy tej firmy. Są to: ur. w 1922 r. Krystyna Chorosińska, ur. w 1930 r. Henryk Dobrzyński i ur. w 1929 r. Jerzy Raźniewski. Pani Krystyna, która dobrze znała język niemiecki, zajmowała się księgowością zakładu. Wcześniej pracowała w biurze wydającym kartki żywnościowe. W wolnych chwilach rysowała. Tam spotkał ją pewien Niemiec, który zwrócił uwagę na jej zdolności plastyczne. Po przejściu do pracy w „Schieratzer Erde” oprócz prac biurowychprojektowała także wzory na naczynia. Wśród rodzinnych pamiątek pani Krystyny zachował się wazon z motywami antycznymi wykonany w zduńskowolskiej wytwórni, a także jej portret namalowany w 1942 r. Pani Krystyna działała też w akowskiej konspiracji. Przysięgę na sztandar złożyła w obecności Kazimierza Sztolca, jednego z dowódców
zduńskowolskiej AK. Opis jej konspiracyjnej działalności zachował się w piśmie skierowanym do Związku Bojowników o Wolność i Demokrację. Ma troje dzieci, jednego syna i dwie córki. Jej brat, Tadeusz Michalski, został aresztowany przez gestapo i trafił do więzienia i obozu w łódzkim Radogoszczu, gdzie został zamordowany. Natomiast pan Henryk i pan Jerzy byli pracownikami pomocniczymi, którzy m.in. wozili taczką i deptali (mieszali) nogami glinę, wrzucali ją do młynka, a z młynka do pojemnika z wodą, gdzie była rozcieńczana poprzez mieszanie. Po przefiltrowaniu gliny i uformowaniu klocków przy użyciu cienkiego drutu, układali je w pryzmy. Sprzątali hale i podwórko, dosypywali do paleniska i czyścili piece. Wypalanie naczyń glinianych po zamurowaniu pieca trwało 24 godziny. Ponadto pracownicy młodociani wykonywali wszystko, co poleciła
właścicielka. Pan Henryk np. nosił i woził wózkiem z ulicy Wodnej, z rzeźni, lód do lodówki, do domu właścicielki. Czyścił tam buty i rozpalał zimą w piecach. Mąż właścicielki był w wojsku i przebywał na froncie.
Dotychczas udało się ustalić, że w firmie tej pracował też Antoni Lange, przedwojenny bramkarz w drużynie OMTUR-u, (Organizacji Młodzieży Towarzystwa Uniwersytetów Robotniczych), który już nie żyje. Wkładał on glinę do młynka. Na kole kręcili: Ilig, Ziółkowski i Jezierski. Spośród rodziny Jezierskich pracowali tu ojciec, córka i syn. Syn po wojnie prowadził zakład ceramiczny z doniczkami na tzw. pierwszych Zdunach, przy ul. Złotej. Wszyscy już nie żyją. Zatrudnieni byli także trzej bracia Białeccy m.in. Edmund i Henryk. Jeden z nich pracował w biurze wraz ze wspomnianą Krystyną Michalską, a inny zakładał płytki w zakładach masarskich jeszcze przed wojną. Strażnikiem w firmie był niejaki Kmieć, którego dwie córki pracowały tam również. W firmie pracowała ponadto mama Wiktora Pietrzykowskiego, dyrektora I LO w naszym mieście w latach 1950-1951, a także, w oddziale na Frajszycy, pan Stępień z Paprotni, gdzie na pamiątkę dla kolegi Henryka Dobrzyńskiego, wykonał glinianą popielniczkę. Firma „Schieratzer Erde” prowadziła dwa sklepy na terenie zduńskowolskiego Rynku. Jeden z nich znajdował się w budynku pod numerem 2 (obecnie funkcjonuje tam sklep rybny), a drugi na wprost obecnej stacji benzynowej. Zaopatrzeniowcem i sprzedawcą w jednym z nich był Leon Welguś. Na wyrobach emaliowanych umieszczany był stempel firmowy. Część produkcji wysyłana była koleją do innych miast, zapakowana w skrzynie i zabezpieczona trocinami.
Czy uda się z pomocą naszych Czytelników odnaleźć wyroby tej firmy? Ile? Zwłaszcza te, zaprojektowane przez wymienionych artystów. Na pewno zachował się kafel piecowy wykonany w tym warsztacie ceramicznym w Zduńskiej Woli przez S. Kurmana, z motywem starogreckich „Gracji”. Według informacji podawanej przez jego wnuczkę, z takich kafli został zbudowany piec lub urządzony wystrój łazienki w pałacu w Walewicach koło
Łowicza.
Danuta Okoń to pielęgniarka z zawodu, pasji i wielkiego serca. Urodziła się 20 marca 1939 r. w Rozomyślu, (obecnie część Zduńskiej Woli). Rodzicami jej byli Kazimierz Kałużewski, kolejarz i bojownik AK, powieszony przez Niemców wraz z Juliuszem Syllą 25 lutego 1944 r. w karsznickiej parowozowni w odwecie za działalność dywersyjną, oraz Maria z Dąbrowskich, zamęczona w KL Auschwitz 23 lutego 1944 r., wnuczka Franciszka Dąbrowskiego, brata Marianny Kolbe z Dąbrowskich, matki św. Maksymiliana. Siostra ojca, Janina, farmaceutka, była więźniarką obozu w Ravensbruck Po aresztowaniu rodziców Danutą opiekowali się: ciocia Maria Man z d. Welguś z mężem Pawłem; siostra mamy, Łucja Dąbrowska, która później wyszła za mąż za Jana Kaczmarka, więźnia Kozielska, który szczęśliwie uniknął śmierci w lesie katyńskim oraz siostra ojca, Stefania Kamińska z d. Kałużewska. Młodszy brat Danuty, Jacek, zmarł tuż po urodzeniu.
Była uczennicą zduńskowolskiej Szkoły Podstawowej nr 4 i I Liceum Ogólnokształcącego im. Kazimierza Wielkiego. Maturę zdała w 1957 r. Następnie ukończyła szkołę pielęgniarską w Łodzi. Dnia 1 września 1959 r. podjęła pracę w zduńskowolskim szpitalu. Później pracowała w Poradni Dziecięcej. Od 1 września 1969 r. pracowała w spółdzielniach inwalidzkich: im. Feliksa Dzierżyńskiego, „Zwycięstwo” i „Bojownik” (obecnie „Bonex”). W 1971 r. ukończyła kurs dla pielęgniarek środowiskowych. Od 1993 r. pracuje w Warsztatach Terapii Zajęciowej przy Produkcyjno-Handlowej Spółdzielni Inwalidów „Bonex”. Ze swoimi podopiecznymi, osobami niepełnosprawnymi, jest stale, na dobre i złe. Otacza ich troskliwą opieką i prawdziwie matczyną miłością.
Dnia 1 września 1962 r. wyszła za mąż za Stefana Okonia, syna Józefa – kolejarza – i Weroniki z Kuźników. Państwo Okoniowie mają troje dzieci: Aleksandrę, urodzoną 16 grudnia 1963 r., Jacka, urodzonego 20 stycznia 1965 r. i Marcina, urodzonego 11 lipca 1976 r. Wielką ich radością są też wnuki, dzieci Aleksandry z męża Majchrzyk: Piotr, Anna, Łukasz i Teresa.
Wraz z mężem pasjonują się podróżami, ale jak sama mówi - lubi wszystko, co dobre. Wyróżnia ją skromność i dojrzałość duchowa. W 2002 r. jej rodzice wprowadzeni zostali do muzealnej Galerii Niepospolitych Zduńskowolan.
Pani Danuta chętnie bierze udział w uroczystościach upamiętniających jej bohaterskich rodziców, dba na naszym starym cmentarzu o wspólny grób ojca i zamordowanego z nim Juliusza Sylli. Pomaga w wychowaniu wnuków, ucząc ich przywiązania do rodziny, wartości religijnych i miłości Ojczyzny.
Ceniona jest za swe umiejętności zawodowe oraz anielską życzliwość, cierpliwość i wyjątkowy spokój wewnętrzny.
j.ch.
Marian Grochowski to jeden z najbardziej znanych zduńskowolskich lekarzy pediatrów. Urodził się 5 grudnia 1930 r. w Warszawie. Po urodzeniu trafił do sierocińca, tzw. „Domu ks. Boduena” przy ul. Nowogrodzkiej w Warszawie. Do szóstego roku życia przebywał w Domu Małego Dziecka w Klarysewie pod Warszawą prowadzonym przez siostry szarytki. Następnie trafił do miejscowości Grabie na Pomorzu pod opiekę sióstr elżbietanek. Tam rozpoczął naukę w szkole podstawowej, która przerwana została wybuchem II wojny światowej. Następnie przeniesiony został do sierocińca prowadzonego przy. ul. Barskiej w Warszawie przez orionistów, zwanego „Antoninem”, jako że patronował mu św. Antoni. Tam uczęszczał do Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcącego im. Stanisława Staszica. Maturę zdał w 1950 r. i został studentem Akademii Medycznej w Warszawie. Kolega z oriońskiego sierocińca, Jan Hermanowicz, w swoim opisie pobytu w „Antoninie” z wdzięcznością wspomina, jak to młody student medycyny Marian Grochowski odebrał go po dwumiesięcznym pobycie ze szpitala w Warszawie i odprowadził do ks. Bronisława Dąbrowskiego, kierownika ośrodka. Student Grochowski pełnił tam funkcję pomocnika dr. Mariana Tulczyńskiego. Studia ukończył w 1958 r. z dyplomem lekarza. Wcześniej, 1 sierpnia 1957 r., poślubił Jolantę z d. Wolszczak. Po studiach podjął pracę w Szpitalu Miejskim w Łowiczu. Pracował tam 8 lat, pogłębiając swoje kwalifikacje pediatryczne, a w 1964 r. uzyskał II stopień specjalizacji. Dnia 1 stycznia 1966 r. został ordynatorem oddziału dziecięcego zduńskowolskiego szpitala. Oddział ten zorganizował od podstaw. Z czasem doprowadził do rozbudowy tej części szpitala. W naszym szpitalu przepracował 31 lat. Obecnie jest na emeryturze.
Żona doktora, Jolanta Ewa Grochowska, urodzona 13 maja 1937 r. w Snowiu, powiat Nieśwież, obecnie na Białorusi, była córką Albina i Heleny z d. Hryniewieckiej. Przez wiele lat uczyła biologii w Szkole Podstawowej nr 10 w naszym mieście, zyskując sympatię i szacunek uczniów. Zmarła nagle 20 lipca 1994 r. Państwo Grochowscy mają dwoje dzieci: Jerzego, urodzonego w 1958 r., a zmarłego w 2010 r. i Elżbietę urodzoną w 1960 r., która wyszła za mąż za Antoniego Leszka Ładońskiego. Doktor Grochowski mimo wielu trudności życiowych, które zawsze pokonywał z ogromną godnością i odwagą, dziś, gdy dokucza mu poważna utrata słuchu, nadal oddaje się swoim pasjom-muzyce poważnej, historii malarstwa i sztuki. Lubi zwierzęta i dobre wspomnienia. Żyje skromnie i dostojnie, jak zawsze, utrzymując serdeczny kontakt z najdroższymi i przyjaciółmi m.in. ks. Marianem Klisiem czy fotografem Lechem Charewiczem. Największą jego radością obecnie są wnuki - Jakub, absolwent Prywatnej Wyższej Szkoły Biznesu i Administracji w Warszawie, na kierunku administracyjnym specjalizował się w nowoczesnej dyplomacji i służbach zagranicznych, oraz Katarzyna, studentka lingwistyki stosowanej w Wyższej Szkole Europejskiej w Krakowie. Dumny jest z sukcesów zawodowych córki i zięcia, których firmę pomaga już rozwijać wnuk Jakub.
Odwiedzający z dobrym słowem doktora od lat ksiądz Marian Kliś wspomina dawne czasy, gdy np. doktor z żoną i wnuczką szli na spacer do parku. Księdza Mariana budowały takie sytuacje. Gdy wnuczka przyjaciół chciała wyrzucić papierek, a w pobliżu nie było pojemnika na śmieci, wtedy dziadkowie tłumaczyli dziewczynce, aby trzymała go nadal, bo dalej będzie stał kosz na śmieci. Ksiądz pomyślał wtedy o tym, jak starannie podchodzą dziadkowie do wychowania wnuczki. Także wieczór 12 grudnia 1981 r., przed ogłoszeniem o północy stanu wojennego, spędził ksiądz Marian z kolegą doktorem na rozmowie na tematy
wychowawcze i… o inteligencji psów. Wówczas widywano doktora Grochowskiego jeszcze często na spacerach uliczkami Zduńskiej Woli ze swoim psem, jamnikiem Tino, a wcześniej z foksterierami Lejdi i Ami.
Na dwa dni przed uroczystym wprowadzeniem do Galerii, w środę, 15 czerwca br. potwierdzenie tego faktu na specjalnym certyfikacie przekazali doktorowi w jego mieszkaniu ks. Marian Kliś i dyrektor muzeum miejskiego.
j.ch.
Jan Kieszniewski to bojownik ZWZ-AK, fizyk, pracownik naukowy. Urodził się 5 września 1925 r. w Stęszycach (obecnie część Zduńskiej Woli). Jest wnukiem Rozalii z Dąbrowskich (siostry matki św. Maksymiliana) i Leopolda Langera (ojca chrzestnego Rajmunda Kolbego). Jego rodzice to Antoni Kieszniewski i Franciszka z d. Langer. Był łącznikiem w Związku Odwetu Obwodu Sieradzkiego ZWZ, ps. „Włodzimierz”. Działał w grupie dywersyjno-sabotażowej kierowanej przez Kazimierza Kałużewskiego oraz w grupie swego wuja, Franciszka Kolbego, organizującej pomoc charytatywną dla rodzin. Brał udział w podpaleniu niemieckiego składu prasowanej słomy przy obecnej ul. Żeromskiego w Zduńskiej Woli. Kolportował prasę podziemną. Od wiosny 1941 r. był członkiem siatki wywiadowczej Okręgu Łódzkiego ZWZ-AK, którą w Zduńskiej Woli kierował Edward Sowała, pseudonim „Wrona”. W nocy z 21/22 stycznia 1943 r. został aresztowany i poprzez łódzkie więzienie przy ul. Sterlinga trafił do KL Auschwitz razem z Franciszkiem Kolbe. Otrzymał numer 127599. Pracował niewolniczo w zakładach Buna – Werke. W sierpniu 1944 r. przewieziony został do obozu Dora – Mittelbau (więzień nr 106333), a następnie ewakuowano go do KL Bergen – Belsen. Po wojnie wrócił do Zduńskiej Woli. Pracował w Zakładach Przemysłu Bawełnianego. Ukończył fizykę na Uniwersytecie Wrocławskim. Po studiach zamieszkał w Gliwicach. Przez 10 lat pracował w Instytucie Metalurgii Żelaza przy wykorzystaniu izotopów radioaktywnych, a następnie został specjalistą techniki i technologii wysokiej próżni materiałów magnetycznych w Zakładzie Materiałów Magnetycznych tego instytutu. Był adiunktem i kierownikiem pracowni technologii próżniowej, a także rzeczoznawcą Naczelnej Organizacji Technicznej. Obecnie jest na emeryturze. Za działalność konspiracyjną i cierpienia obozowe odznaczony został Krzyżem Partyzanckim, Medalem Zwycięstwa i Wolności, Krzyżem Oświęcimskim, Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, Odznaką Pamiątkową „Syn Pułku”, Odznaką Grunwaldzką, Odznaką Żołnierza Armii Krajowej Okręgu Łódź-„Barka” oraz londyńskim Krzyżem Armii Krajowej.
Żoną Jana Kieszniewskiego była Halina z d. Wota, córka Andrzeja i Stanisławy z Grzelaków, urodzona 1 stycznia 1927 r. w Łodzi. Po wojnie zamieszkała z rodzicami w Osmolinie (obecnie dzielnica Zduńskiej Woli). Zmarła 14 maja 2009 r. Pochowana została w Gliwicach. Dzieci Państwa Kieszniewskich to Małgorzata, mama Marcina i Joanna, mama Aarona Stanisława.
Pan Jan od wielu lat utrzymuje systematyczny kontakt z naszym miejskim muzeum.
j.ch.
Stefania Kamińska to jedna z najbardziej zasłużonych zduńskowolskich pielęgniarek. Urodziła się 26 października 1909 r. w Zduńskiej Woli. Rodzicami jej byli AntoniKałużewski i Józefa z d. Bregier. Ojciec nie wrócił z wojny 1920 r. Mama zajmowała się domem. Zmarła 15 sierpnia 1957 r. Stefania była siostrą Kazimierza Kałużewskiego, powieszonego przez Niemców w publicznej egzekucji na terenie parowozowni w Karsznicach w odwecie za działalność dywersyjną na kolei wraz z Juliuszem Syllą 25 lutego 1944 r. Był on mężem Marii Kałużewskiej z d. Dąbrowskiej, zamęczonej torturami w KL Auschwitz 23 lutego 1944 r., wnuczki Franciszka Dąbrowskiego, brata Marianny Kolbe z Dąbrowskich, matki św. Maksymiliana. Stefania miała również dwie siostry- Janinę, farmaceutkę, więźniarkę obozu w Ravensbruck, oraz Zofię, zamężną Rychter.
Stefania ukończyła szkołę pielęgniarską w Łodzi. Przed II wojną światową, jak i po wojnie, pracowała w zduńskowolskim oddziale Towarzystwa „Kropla Mleka”, którego głównym zadaniem było udzielanie wszelkiej pomocy żywnościowej, medycznej i doradczej niemowlętom i ich matkom. W 1932 r. wyszła za mąż za Mariana Kamińskiego, urodzonego 1 maja 1908 r., który był absolwentem technikum budowlanego w Łodzi. W czasie wojny mąż przebywał w obozie jenieckim w Żarach koło Żagania. Po wojnie pracował w zduńskowolskim Urzędzie Miasta w Wydziale Urbanistyki i Architektury. Zmarł 29 sierpnia 1974 r. w Zduńskiej Woli.
Dnia 1 września 1939 r. Stefania Kamińska opatrywała rannych w bombardowanym Wieluniu. W czasie II wojny światowej była łączniczką i sanitariuszką ZWZ – AK., pseudonim „Sawa”. Zapoczątkowała w Zduńskiej Woli działalność konspiracyjną o charakterze samopomocy społeczno-ekonomicznej dla najbardziej potrzebujących rodzin, organizując zaopatrzenie w żywność, leki, odzież. Następnie działalnością tą kierował w konspiracji Franciszek Kolbe, brat św. Maksymiliana.
Po wojnie wraz z doktorem Władysławem Wróblewskim i pielęgniarką Marią Skowrońską organizowała służbę zdrowia w zniszczonym rodzinnym mieście. Pracowała w Poradni Chorób Płuc, w ambulatorium przy zakładach „Wola” oraz w gabinecie fizykoterapii poradni obwodowej.
Odznaczona została m.in. Medalem Wojska oraz londyńskim Krzyżem Armii Krajowej. Zmarła 27 maja 1996 r. w Zduńskiej Woli. Pochowana jest na starym zduńskowolskim cmentarzu.
Stefania Kamińska miała córkę Krystynę, urodzoną 24 października 1933 r. w Zduńskiej Woli oraz syna Andrzeja, urodzonego 16 listopada 1939 r. również w Zduńskiej Woli. Córka, z zawodu pielęgniarka, była kierowniczką zduńskowolskiego żłobka. Jej mąż, Marian Pawiński, był nauczycielem przysposobienia obronnego i wychowania fizycznego w zduńskowolskim I LO. Zmarł 24 grudnia 1997 r. Krystyna zmarła 9 grudnia 2003 r. Ich dzieci to Piotr oraz Magdalena. Piotr i jego żona Izabela mają dwie córki - Ewelinę i Weronikę, zaś Magdalena i jej mąż Paweł Grabowski mają syna Arkadiusza.
Małżonkowie Andrzej i Jadwiga Kamińscy są emerytowanymi nauczycielami. Jadwiga uczyła historii, a mąż matematyki. Mają dwóch synów - Radosława i Michała. Obaj skończyli budownictwo na Politechnice Łódzkiej. Michał i jego żona Monika, ekonomistka, są rodzicami Gabriela i Anieli.
Podczas uroczystości na muzealnym dziedzińcu certyfikat potwierdzający wprowadzenie do
muzealnej Galerii Niepospolitych Zduńskowolan Stefanii Kamińskiej z rąk Zastępcy Prezydenta Miasta Krzysztofa Jędrzejewskiego i Przewodniczącego Rady Miasta Zduńska Wola Konrada Pokory otrzymał jej syn, który przybył na to spotkanie z Sokolnik.
j.ch.
Oddając hołd i szacunek patronowi naszego miasta, tej wielkiej postaci Kościoła polskiego i powszechnego, Senat Rzeczypospolitej Polskiej ogłosił uchwałą z 21 października ub. r. rok 2011 Rokiem Świętego Maksymiliana Marii Kolbego. Stało się to podczas 63. posiedzenia izby wyższej Parlamentu na wniosek złożony w czerwcu 2010 r. przez senatora z naszego miasta-Marka Trzcińskiego. Decyzję w sprawie przyjęcia uchwały senatorowie podjęli jednogłośnie.
W trudnych czasach zawirowań społecznych ogłoszenie roku 2011 Rokiem św. Maksymiliana Marii Kolbego jest wyjątkową okazją do przedstawienia postawy i osoby tego wybitnego Polaka i kapłana. Jest to również wyjątkowa i historyczna chwila dla miasta, z którego Święty pochodzi oraz dla mieszkańców Zduńskiej Woli. Zatwierdzona oficjalnie przez Senat uchwała stwarza nowe wyzwania i zadania dla rozwoju życia duchowego i kulturalnego miasta. Jest też okazją do uczczenia pokoleń wielu Polaków, budujących pozycję i szacunek wobec Narodu Polskiego, przez twórczą służbę człowiekowi.
W związku ze 117 rocznicą urodzin i chrztu św. Maksymiliana już w najbliższą niedzielę w naszej Bazylice Mniejszej o godz. 12.00 honorować będziemy to wydarzenie, jak co roku, uroczystą mszą. Zostanie wówczas zainaugurowany w naszej świątyni i diecezji Rok Świętego Maksymiliana. Uroczystość będzie transmitowała Telewizja TRWAM.
W popularny i przystępny sposób przyjście na świat 8 stycznia 1894 r. w Zduńskiej Woli Rajmunda Kolbego, przyszłego św. Maksymiliana, w swej beletrystycznej książce przedstawiła mieszkająca w Łodzi, a od lat zaprzyjaźniona z miejskim muzeum Julia Szwarc. Autorkę będziemy gościć na jesiennym spotkaniu w naszym muzeum. O tych najważniejszych narodzinach w dziejach naszego miasta pisała ona: „Marianna czuła się źle. Co chwilę ocierała pot z czoła, choć na dworze zima panoszyła się w całej pełni. Od dwóch miesięcy trzymał mróz i co kilka dni dosypywało świeżego śniegu. Chciała położyć się na spoczynek, dlatego zaraz po kolacji postanowiła rozebrać posłania. Zdjęła kapę z łóżka i starannie złożywszy położyła ją na krześle. Potem brała do rąk każdą poduszkę i napuszała, podrzucając lekko w górę. Ale kiedy chciała wstrząsnąć rozłożystą pierzynę, doznała gwałtownego bólu w krzyżu. Boleść była tak ostra, że promieniście rozeszła się po całym ciele, godząc głównie w brzemienny brzuch. Odruchowo objęła go oburącz i skuliła się jak pod ciosem. Dziecko w głębi łona poruszyło się gwałtownie. Wkrótce jednak ból ustąpił, więc się podniosła, lecz ogarnęła ją taka słabość, że musiała przysiąść na brzegu ławki. Zaczęło się – pomyślała.
-Boże, miej mnie w swej opiece i zmiłuj się nad tym maleństwem– wyszeptała strwożona, kierując wzrok ku niebu. Jednak po chwili wstała i podeszła do wiszącego na ścianie obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej. Patrząc błagalnie w Jej oblicze, zaczęła modlić się całym sercem: -Matko, która wydałaś na świat Syna Bożego–mówiła z wielkim przejęciem– proszę Cię, pozwól mnie niegodnej szczęśliwie urodzić to dzieciątko i nie osierocić pierworodnego. On bowiem z łaski Pana już prawie od dwóch lat jest naszym największym skarbem. Maryjo, błagam Cię!
Następnie wzięła do ręki różaniec i półgłosem zaczęła odmawiać część radosną. W czasie modlitwy znów chwyciły ją bóle, lecz pochyliła się mocniej i ukrywając twarz w dłoniach, dotrwała do końca. Była sama w mieszkaniu; właściwie prawie sama, bo mały Franuś już spał. Podeszła do kołyski i westchnąwszy głęboko, pobłogosławiła synka znakiem krzyża, następnie ruszyła ku drzwiom. Juliusz, je mąż, był przed domem, gdzie odgarniał śnieg. Właśnie przystanął, aby odsapnąć przez chwilę, gdy w uchylonych drzwiach dostrzegł twarz żony, która zawołała z cicha: -Julku, podejdź proszę. Za moment był już przy niej i ująwszy za ramiona, spojrzał pytająco. Ona zaś spuściwszy głowę niczym winowajca, który sprowadził kłopoty na swoich najbliższych, wyznała cicho jakby ze skruchą:-Zaczęłam rodzić. (...) Leciutko wepchnąwszy żonę do mieszkania, tak jak stał, puścił się pędem wzdłuż ulicy. Biegnąc powtarzał raz po raz:-O Boże, miej nas w swojej opiece! Wracając trzymał mocno pod rękę najstarszą siostrę żony–Rozalię Langerową, która będąc akuszerką odbierała wszystkie porody w rodzinie”.
Przypomnijmy, że Rozalia Langerowa z d. Dąbrowska była najstarszą siostrą matki św. Maksymiliana, a jej mąż Leopold Langer został ojcem chrzestnym małego Rajmunda.
Jesienne dni, Dzień Wszystkich Świętych i Dzień Zaduszny to czas, kiedy wspominamy tych, co odeszli od nas na drugą stronę marzeń. Wielu z nich pozostawiło w naszym środowisku trwały ślad swej aktywności zawodowej czy społecznej, pasji bądź talentu. Łącząc się wspomnieniem i modlitwą z ich bliskimi, przypominamy niektóre postacie spośród grona osób, które zmarły w ostatnim roku.
Są to m.in.: rodzeństwo Zofia Gajderowicz z d. Pawłowska, zamieszkała w Łodzi i Jan Pawłowski, zamieszkały we Francji, jedni z najstarszych uczniów naszego przedwojennego gimnazjum im. Kazimierza Wielkiego, dzieci przedwojennego zduńskowolskiego przedsiębiorcy i handlowca Józefa Pawłowskiego; Elżbieta Kubiak z d. Morawska, długoletnia księgowa Muzeum Okręgowym w Sieradzu; Mieczysław Czyż, nauczyciel z naszego II LO, który przybył w 1945 r. do Zduńskiej Woli z grupą pierwszych powojennych repatriantów z kresów II Rzeczypospolitej, absolwent pierwszego rocznika naszego Liceum Pedagogicznego, mąż cenionej nauczycielki Heleny z d. Gabrysiak; ks. orionista Jan Kawałko, który w roku 2008 obchodził 50-lecie święceń kapłańskich; Leon Łukaszewski, znany nauczyciel wychowania fizycznego i działacz sportowy, którego syn Paweł kontynuuje pasję ojca; Leszek Krysiak, długoletni prezes „Lipcowego Zrywu”, mąż pani Barbary Krysiak z Urzędu Miasta; Maria Zapotoczna z d. Wójtowicz, harcerka, ceniona nauczycielka historii w szkole podstawowej, której mąż Bronisław, również nauczyciel, zmarł w 2006 r.; Irena Wołosińska, była nauczycielka dawnej Szkoły Podstawowej nr 1 przy ul. Sieradzkiej, której córka Bożena przez wiele lat uczyła języka polskiego w Technikum Elektronicznym; siostra Maria Kamila Bronisława Kowalczyk, orionistka; Zofia Welguś, była pracownica banku, która przez wiele lat działała społecznie w Towarzystwie Przyjaciół Zduńskiej Woli i Kole Wychowanków I LO im. Kazimierza Wielkiego; Henryk Klimaszewski, długoletni pracownik zakładów „Wolana”, ojciec Andrzeja Klimaszewskiego z naszego Urzędu Miasta; Wojciech Wolf, właściciel miejscowego zakładu pogrzebowego z ul. Kościelnej; Włodzimierz Jasnos, lubiany zduńskowolski taksówkarz, którego śmierć zadana w bestialski sposób wstrząsnęła wszystkimi, tak jak i śmierć młodej zduńskowolanki Sylwii Ciapcińskiej, zamordowanej w Wielkiej Brytanii, gdzie szukała szansy na godne życie i pracę; Jan Łuczak spod Wielunia, ojciec pani prof. Henryki Zasowskiej, wrażliwej i skutecznej nauczycielki fizyki w I LO.
Natomiast już w tym roku kalendarzowym pożegnaliśmy: Zdzisława Albińskiego, długoletniego nauczyciela chemii w liceum w Sieradzu i w Zduńskiej Woli; Marka Dymińskiego, właściciela piekarni „Grejdi”, który z żoną Grażyną wspierał swoimi darami czerwcowe imprezy dziecięce od piętnastu lat organizowane w naszym muzeum; Bogusława Bednarka, który od dzieciństwa działał w modelarni przy Spółdzielni Mieszkaniowej „Lokator”, gdzie został instruktorem oraz jego brata Sławomira i ich kolegę z dawnego Osmolina, Grzegorza Wilgockiego; Dominikę Julczyńską, która przez lata pracowała w miejscowym Cechu Rzemiosł Różnych, siostrę pana Mirosława Jędrzejczaka z Gdańska; Janisławę Orłowską z d. Lipowską, żołnierza ZWZ-AK, więźniarkę obozu w Ravensbrück w latach 1942-1945; Zofię Malentę, zduńskowolską nauczycielkę; Władysława Gajowego z Wałbrzycha, ojca Urszuli Trzcińskiej, żony senatora Marka Trzcińskiego oraz ich kuzyna Waldemara Koseckiego; kwiaciarkę Lucynę Prycaszczyk; Annę Mikołajczyk z Dąbrowskich, mamę Mieczysława Mikołajczyka, cenionego zduńskowolskiego nauczyciela historii z II LO; Romualda Sawicza, wybitnego nauczyciela, który przybył do Zduńskiej Woli po II wojnie światowej z ziem utraconych na wschodzie, ojca Julity Sawicz – Kociubińskiej z naszego sądu rejonowego i Anny Potoniec, dyrektorki Publicznego Przedszkola nr 5; krawca Włodzimierza Wiązka; Henryka Dobronia, związanego zawodowo ze zduńskowolską fabryką obuwia, a pasją z miejscowym kołem Polskiego Związku Hodowców Gołębi Pocztowych;
Mariannę Tonder z d. Resterną, mamę dyrektor Haliny Szremskiej z Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej; siostrę orionistkę Marię Karolinę Zofię Kłosińską; Radosława Borkieta, utalentowanego nauczyciela naszej szkoły muzycznej, syna zmarłej wcześniej nauczycielki muzyki w Szkole Podstawowej nr 9, Marianny Borkiet; Andrzeja Matykiewicza, adwokata i pierwszego przewodniczącego Rady Miasta w odrodzonym samorządzie; Bożennę Wąsowską z d. Kowalczyk, dawną harcerkę i laborantkę ze szpitala miejskiego, siostrę Marii Janudi z Warszawy, autorki popularnych przewodników krajoznawczych oraz zmarłego również w tym roku ich brata Klemensa Kowalczyka, ojca Mieczysława Kowalczyka, właściciela firmy reklamowej (rodzeństwo Kowalczyków to dzieci znanych miejscowych nauczycieli- Kazimierza Kowalczyka i Bronisławy z d. Bednarskiej); harcmistrza Henryka Kowalskiego, długoletniego instruktora harcerskiego i wychowawcę młodzieży; Teresę Wójciak z d. Miller, przez wiele lat związaną ze zduńskowolskim samorządem, przewodniczącą Miejskiej Komisji Planowania, a później kierowniczkę naszego USC, Mariannę Zaks, mamę Leszka Zaksa, który przez lata prowadził w naszym mieście dziecięce zespoły folklorystyczne; Jadwigę Gołębiowską, cenioną zduńskowolską położną, w latach pięćdziesiątych współorganizatorkę w naszym szpitalu oddziału położniczo-ginekologicznego, gdzie była oddziałową na sali porodowej; Jadwigę Niezgodzińską, która przez wiele lat była pielęgniarką oddziałową na oddziale noworodkowym miejskiego szpitala; Roberta Masłowskiego, brata znanego zduńskowolskiego sportowca i przedsiębiorcy Jacka Masłowskiego; Edwarda Staszewskiego, związanego zawodowo z ZPB „Zwoltex”, a po utracie nogi w wypadku w pracy ze spółdzielczością inwalidzką, zapalonego działkowca; Janinę Sotorek, wykonującą przez wiele lat prace porządkowe w naszym Urzędzie Miasta.
Zaś w ostatnich tygodniach odeszli od nas: Urszula Maj z d. Kałczak, zduńskowolanka z naszego Osmolina, zamieszkała od lat w Busku-Zdroju, naczelnik Wydziału Organizacyjnego, Obsługi Interesanta i Rady Miejskiej, Promocji i Kontaktów Zagranicznych Urzędu Miasta i Gminy Busko-Zdrój; Janina Grażyna Szynczewska, bankowiec i zapalona turystka związana z tutejszym kołem PTTK, babcia Mariusza Glinkowskiego, menegera Społecznej Wyższej Szkoły Przedsiębiorczości i Zarządzania, tak zaangażowanego w działalność tej uczelni; Irena Angerman, mama znanej zduńskowolskiej poetki i bibliotekarki Teresy Angerman; Jerzy Kozłowski, działacz społeczny, miłośnik przeszłości naszego miasta, autor wielu opracowań na temat dziejów Zduńskiej Woli, kolekcjoner, a w młodości znakomity lekkoatleta. Pan Jerzy przez wiele lat był dyrektorem miejscowych zakładów młynarskich, działał w PTTK, TPZW i harcerstwie. Zdążył wydać w tym roku przygotowywany przez długie lata swój album o Zduńskiej Woli pt. „Opowieści z miasta nad Brodnią”, który zyskał tak dużą sympatię wśród miłośników naszego miasta.
Zachowajmy Tych, jak też wszystkich pozostałych naszych Zmarłych, w życzliwej pamięci.
Jerzy Chrzanowski